Emiraty – dzień 1. (15.02.2017)

Plan
→ przelot do Dubaju
→ wynajęcie samochodu
→ przejazd z Dubaju do hotelu w Abu Dhabi

Dzień rozpoczęliśmy niespiesznie. Samolot mieliśmy dopiero o 13:25, a na dotarcie do terminala musieliśmy zarezerwować jakieś całe 4 minuty, więc był czas, żeby się wyspać, spokojnie zjeść śniadanie (chociaż nie mogę stwierdzić, iż była to mocna strona naszego hotelu) i nawet trochę ponudzić się w pokoju.

Jako że nie znaliśmy tego lotniska i nie chciało nam się już siedzieć w pokoju, to 2,5 godziny przed odlotem wyruszyliśmy z hotelu.

W kolejce do oddania bagażu były przed nami raptem 4 osoby, więc po kilku minutach pierwszy punkt (czasami zabierający najwięcej czasu) był już za nami. Przejście przez bramki (jedynie sprawdzenie boarding pass), kontrola paszportowa i już jesteśmy w strefie bezcłowej przy gate’ach. Co kraj to obyczaj – tutaj nie ma jednej kontroli bezpieczeństwa, tylko bezpośrednio przed wejściem na konkretny gate. Jeżeli chodzi o rozładowanie ruchu ma to na pewno dobre strony.

Przez chwilę trochę byłem zdezorientowany, jak z kupionymi płynami 😉 przejść przez kontrolę bezpieczeństwa, ale pani w sklepie wytłumaczyła mi, że wszystko ładnie zapakuje w specjalną torbę i nie będzie problemu. Jak powiedziała, tak zrobiła 🙂

Chwilę się jeszcze pokręciliśmy po sklepach (i jak zwykle niczego w zachęcającej cenie nie znaleźliśmy) i obraliśmy kierunek na nasz gate. Kontrola bezpieczeństwa standardowa, z taką różnicą do tej na naszych lotniskach, że wszyscy mili i uśmiechnięci (o tym jak to wygląda na lotnisku w Szczecinie-Goleniowie opowiem przy innej okazji).
Teraz pozostało nam już tylko siedzenie, czekanie i ewentualnie patrzenie przez szybę na lądujące samoloty. Nic nadzwyczajnego, ale akurat przytrafił się jeden brylancik – lądowanie Airbusa A380 linii Emirates. Robi wrażenie. Samolot przez duże ‘S’. Jego wielkość najlepiej chyba oddawał fakt, iż po tym, jak wjechał za zabudowania terminalu, to wciąż ponad budynek wystawała cześć statecznika pionowego (w tym miejscu ten samolot ma prawie 25 metrów wysokości).

A później znów siedzenie, czekanie i ewentualnie patrzenie przez szybę na lądujące samoloty. Niestety bonusowo dostaliśmy jeszcze 40 minut w ‘prezencie’ od linii lotniczej 😦 Niby to nic w stosunku do wieczności, ale nikt nie lubi opóźnień.

Nasz Boeing 737-800 nie był tak okazały jak podziwiany wcześniej A380, ale źle też nie było – miejsce na nogi OK, oparcia przechylane (minimalnie, ale zawsze), do tego wbudowany monitor z ofertą rozrywki. Nie sprawdzałem, co tam mieli (nam rozrywkę zapewnia nasza córa 😉 ), ale cena naprawdę była bardzo dobra. A ci, którzy nie korzystali, mogli obserwować trasę i postęp lotu.

Chwilę po starcie obsługa zaczęła roznosić posiłek oraz przekąski (całkiem spore pudełko i to w cenie). Potem zostały już tylko zabawy z córą i zaklinanie wyświetlanej mapki, żeby pokazywała krótszy czas do lądowania:)

Gdy już, już byliśmy nad Zatoką Perską, okazało się, że jest kolejka do lądowania i musimy trochę pokrążyć nad lotniskiem. Koniec końców wylądowaliśmy z godzinnym opóźnieniem. Była 23:20 czasu lokalnego. Przywitało nas ciepłe, wilgotne powietrze. Jesteśmy !!!

Po wejściu do terminala większość pasażerów udała się do przejścia tranzytowego, a my ustawiliśmy się w kolejce do ‘okienka’ wizowego. Przed nami niby tylko jakieś 10 osób, ale szło to wszystko strasznie wolno – oglądanie różnych dokumentów, skanowanie siatkówek oczu, jednocześnie ploteczki z kolegą ze stanowiska obok – prawie jak u nas 😉 Byliśmy przygotowani na taką samą procedurę, ale miły pan w idealnie białej diszdaszy zeskanował jedynie nasze (biometryczne) paszporty, wbił pieczątki wizowe i powitał w swoim kraju. Jesteśmy (po raz drugi) !!! Tu muszę wspomnieć, że ten pierwszy kontakt z arabską modą męską zrobił spore wrażenia na moich dziewczynach.

Teraz szybko po bagaże. Na szczęście jeszcze jeździły na karuzeli i nie musiałem ich zbierać z podłogi (co podobno często się zdarza).

Kolejny punkt to ‚internet’, a dokładnie zakupienie karty sim Etisalat z w taryfą Visitor line. Punkt sprzedaży znaleźliśmy bardzo szybko, ale tu znów mała kolejka – niby tylko 2 osoby, ale zeskanowanie dokumentów, spisanie danych, wyjaśnienie, jak to działa i tak kolejne pół godziny stracone. Wziąłem opcję 700 MB/40 minut/40 smsów, zapłaciłem 100 dirhamów i lecimy dalej.

Teraz taksówką na Terminal 3, gdzie mamy do odebrania auto. Tuż przed postojem miły pan w garniturze pyta, czy potrzebna taksówka, prowadzi mnie … właśnie, gdzie on nas prowadzi ? Nie, nie dziękuję, żadnych lewych taksówek. Pan twierdzi, że cena u niego taka sama, ale zawijamy się na pięcie i idziemy do normalnie oznakowanych samochodów.
Znając reakcje warszawskich taksówkarzy na krótkie kursy z lotniska, byłem ciekaw, jak zareagują tutaj, gdy poproszę o przejazd na sąsiedni terminal, ale tu pełne zdziwienie – jedynie ‚OK’ i jedziemy. Startowe 23 dirhamy. Oczywiście nie pojechaliśmy najkrótszą trasą, ale ostatecznie 36 dirhamów to nie jest jakaś straszna kwota. To, co pierwsze rzuciło mi się w oczy, to bardzo duży ruch, mimo że było już zdrowo po północy.

Jako że zatrzymaliśmy się niemalże pod wejściem na parking wypożyczalni samochodów, to etap poszukiwania biura Europcaru został mocno uproszczony. Przynajmniej tutaj nie było kolejki 🙂 Trochę podpisów, płatność, blokada na karcie i do auta. Roczna Mazda 3. Kilka odprysków lakieru już miała, więc jeszcze krótkie oględziny, podpisanie protokołu i możemy jechać. W tym momencie zazwyczaj żegnam się z pracownikiem wypożyczalni, rozkładam nawigację, ogarniam auto, itp., ale tutaj pan prosi, żebym wyjechał, bo musi mnie wypuścić za szlaban. No to wyjechałem … i jestem już na regularnej ulicy, bez widoku na jakieś miejsce do zaparkowania. No to jedziemy przed siebie ! Zanim znalazłem jakąś boczną uliczkę, musiałem pokonać kilka skrzyżowań, na których pojechałem po prostu za większością.
Odpalam zapasowy telefon z kupioną kartą Etisalat, zasięg jest, ale internetu brak. Nerwy. Sprawdzam pakiet – wszystko niby uruchomione. Nerwy. Biorę telefon Uli (do swojego nie mogę włożyć innej karty) – działa. Uff.
Pierwotnie zakładałem, że przejedziemy przez centrum, ale było tak późno, że priorytet był tylko jeden – najkrótszą drogą do hotelu. Odpalam nawigację – pokazuje: jedź prosto, przed tobą 130 km. Znaczy wyjechałem z lotniska we właściwą stronę 🙂 Ruszamy.

Minęła dosłownie chwila i już jesteśmy na tych sławnych wielopasmowych autostradach. Zaczynam asekuracyjnie od drugiego pasa, ale dość szybko dobijam do czwartego – to jest tempo, które mogę zaakceptować. Za chwilę słyszę jakieś niepokojący dźwięk w samochodzie, po chwili znika, znowu wraca … ciekawostka – to jest dźwięk ostrzegawczy, że przekroczyłeś 120 km/h, standardową maksymalną prędkość na autostradzie. Jako że moje dziewczyny szykowały się do spania, to musiałem poświęcić chwilę na szybką naukę jazdy 118 km/h 🙂

Po wyjechaniu z Dubaju ruch nieco spada. Jadąc autostradą do Abu Dhabi rzuca mi się w oczy spora ilość zieleni przy drodze.

Droga jest dość monotonna, przerywana jedynie co jakiś czas sygnałem ostrzegawczym, że osiągnąłem ‚magiczną’ prędkość 🙂

Wreszcie miasto. Z dala pięknym fioletem błyszczy hotel Yas Viceroy (przy torze Formuły 1), za chwilę przejeżdżamy przez rozświetlony Most Szejka Zayeda, po lewej na niebiesko połyskuje Wielki Meczet Szejka Zayeda i wreszcie nasz Novotel Abu Dhabi Al Bustan.

Wjechałem na parking podziemny, zrobiłem kilka kółek, ale gdzie jest wejście do hotelu ? W dodatku chyba wszystkie miejsca zajęte. Poddaję się. Niech nam sami odstawią auto – najwyżej zapłacę. Podjeżdżamy pod drzwi hotelu, a tam od razu ‚atakują’ nas trzy osoby – jeden otwiera moje drzwi, drugi wypuszcza dziewczyny, trzeci wyjmuje bagaże. Na początku byliśmy trochę zmieszani, ale w kolejnych dniach przywykliście 🙂 Oddaję kluczyki, dostaję bilet, auto znika.

Jako że jest już po 2 w nocy, to kolejki do recepcji nie ma 🙂 Standardowa procedura i za chwilę … Jesteśmy (po raz trzeci) !!! Apartament naprawdę elegancki – przestronny salon, duża łazienka, w sypialni spora szafa na ubrania.

Z oddali pobłyskuje Capital Gate, ale to już nie czas na podziwianie miasta – co prawda wg naszego czasu dopiero minęła północ, ale na śniadanie trzeba wstać wg czasu lokalnego (+3 godziny). Przed nami jedynie 6 godzin snu, więc już wiem, że nasz pierwszy dzień w Abu Dhabi nie będzie zbyt intensywny. Spać !


2 myśli w temacie “Emiraty – dzień 1. (15.02.2017)

  1. Witam,
    bardzo fajna relacja z podróży do Emiratów, szczególnie etap przygotowań. Wybieram się do Dubaju za jakiś czas, dość odległy co prawda, ale zbieram informacje już teraz ;-), zatem ciekawi mnie ciąg dalszy relacji, zakończonej niestety na 1 dniu. Pytanie mam więc oczywiste: czy będzie ciąg dalszy ?? ;-). Pozdrawiam.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s